Thursday, May 22nd, 2008...9:23 am

Nareszcie, koniec czekania!

Jump to Comments

Nareszcie, koniec czekania
21 maja 2008 roku. Czekałem na ten dzień dziewięć długich lat. Mówię dziewięć, choć nie pamiętam tak naprawdę od kiedy dokładnie jestem kibicem “Czerwonych Diabłów”, wszystko jednak wskazuje na rok 1999. Czekałem kawał czasu aż spotka mnie przyjemność obejrzenia finału Ligi Mistrzów z udziałem Manchesteru United na własne oczy, w czasie, gdy jest on naprawdę rozgrywany. Tak bardzo pragnąłem tego triumfu, doświadczyć tej radości, niemalże kibicowskiego spełnienia. Tyle razy o tym marzyłem, tyle razy wyobrażałem sobie ten moment i… doczekałem się.

Opisywać dokładnie tego meczu nie będę, bo wszystko co potrzebne można znaleźć w serwisach informacyjnych o Manchesterze United, a także w notce McLarena. Jednak trudno jest przemilczeć to spotkanie. Najważniejszy mecz “Czerwonych Diabłów” od finału Ligi Mistrzów 1999 roku. Czy naprawdę triumf w Premier League może równać się z tym, co zdarzyło się w środę, 21 maja 2008 roku? Czy emocje towarzyszące fanom drużyny, która sięga po Puchar Europy mogą być takie same, jak w przypadku zdobycia krajowego pucharu czy patery za bycie najlepszym w lidze?

Czujemy się wniebowzięci, choć naszych pupili raczej kojarzy się z czeluściami piekieł, nazywając ich Diabłami. Czujemy, że ten dzień jest najpiękniejszym w naszym dotychczasowym życiu, że jesteśmy najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Może tak faktycznie jest. Czekałem co sezon na to, czy uda się dojść do finału i wygrać go. Co roku było rozczarowanie, a to MU odpadł w ćwierćfinale, a to w 1/8, a to nawet nie wyszedł z grupy. Powoli przyzwyczajałem się do takiego stanu rzeczy, choć nie mogłem w to uwierzyć, żeby taki klub jak Manchester United nie walczył o najbardziej prestiżowe trofeum w klubowej europejskiej piłce.

“Czerwone Diabły” mają nietypową, aczkolwiek bogatą historię. W 1958 roku drużyna została zdziesiątkowana w katastrofie lotniczej, a mimo to, dziesięć lat po tej tragedii, piłkarze sir Matta Busby’ego zdołali wygrać Puchar Europy. Czterdzieści lat po tym zdarzeniu, Manchester United zdobył to trofeum po raz trzeci w historii. Muszę przyznać, że cieszę się przeogromnie, jestem dumny, ale… mam pewien niedosyt. Nie chcę, żeby to zabrzmiało jak biadolenie, ale to nie tak miało być. Przyznam szczerze, że nie podoba mi się styl, w jakim Man Utd zdobył ten puchar. Pal licho, że pierwsza połowa to była bezsprzeczna dominacja drużyny z Old Trafford, ale to, co działo się w drugiej odsłonie meczu i później, nie było przekonywujące.

Role kompletnie się odwróciły i to Chelsea zaczęła swoją dominację, spychając Manchester do obrony. I to tak mocno, że piłkarze w czerwonych koszulkach nie byli w stanie zawiązać żadnej w miarę składnej, klarownej akcji, która przynajmniej zbliżyłaby ich do strzelenia bramki. Rooney kompletnie zniknął, Tevez biegał tam i z powrotem, ale bez większego skutku, a centralnymi postaciami naszych, byli obrońcy, bramkarz i Owen Hargreaves. Ale przecież w finale z Bayernem obraz gry wyglądał dokładnie tak samo - nieporadny Manchester i atakujący gracze z Monachium. Słupek i poprzeczka. Wczoraj też tak było - słupek i poprzeczka. Znak?

Gdyby mecz zakończył się zwycięstwem Manchesteru jeszcze przed karnymi, byłbym w pełni usatysfakcjonowany. Można by wtedy rzec, że mieliśmy powtórkę z rozrywki, replay sprzed dziewięciu lat. Chciałem, żeby temu triumfowi towarzyszyło pewne pokonanie przeciwnika, żeby nie było niejasności. I nie chodzi o nokaut trzema czy czterema bramkami. Zwycięstwo na Camp Nou było właśnie pewne, dlatego, że Sheringham i Solskjaer zdobyli dwa gole bez żadnych niejasności i to przed końcowym gwizdkiem, więc nawet żadna zasada “złotej bramki” również nie obowiązywała. Niestety, moskiewski finał zrobił się brzydki, a zawodnicy obu drużyn bardziej pilnowali, by nie popełnić błędu niż pokonać przeciwnika i jednak konkurs “jedenastek” musiał się odbyć. No właśnie - czemu tak naprawdę zawdzięczamy zwycięstwo? Śliskiej murawie, na której ujechał John Terry przy wykonywaniu decydującego karnego? Van der Sarowi, bo obronił ostatni strzał czy może temu, że Manchester United wykonał dobrze 6 z 7 karnych, a Chelsea tylko pięć?

Jedyne, co mi się w tej formie rozstrzygania finału podobało, to emocje. Jeszcze nigdy nie czułem takich nerwów, takiego napięcia, jak podczas “jedenastek”. Nie wiem czy moje uczucia związane z reprezentacją Polski będą potrafiły dorównać tym ze środy. Może, gdyby Polska była w finale i decydowałyby karne? Radość po obronie uderzenia Nicolasa Anelki była przeogromna, otworzył się wentyl, który wypuścił całe to napięcie z organizmu, przekierowując energię na radość, krzyk i łzy szczęścia. Gratulowałem zwycięstwa obcym mi ludziom, również z obcego kraju, ale tak naprawdę nie jesteśmy do końca obcy - jesteśmy United. I kibicujemy najlepszej drużynie Europy w 2008 roku, a świadomość tego każe zapomnieć o tym, jak wygraliśmy, czy byliśmy lepsi, czy zasłużyliśmy.

Doczekałem się…

,


Copyright © 2008 Redlog.pl - Manchester United - blog fanów. Ten kanał RSS jest przeznaczony tylko do użytku niekomercjalnego. Jeśli nie czytasz go w agregatorze wiadomości RSS, strona na którą patrzysz łamie prawa autorskie. Prosimy o kontakt legal@redlog.pl aby podjąć odpowiednie działania. Redlog Staff

Zrodlo (oryginalny wpis) na http://redlog.pl/2008/05/22/nareszcie-koniec-czekania/,NiLok

Comments are closed.